piątek, 22 lutego 2013

Eco sprzątanie.

Hej.

Dzisiaj troszkę o produkcie, którego używam od kilku miesięcy - Neutralny środek czyszczący firmy Frosch. Myślę, że powinnam tutaj od razu napisać, że nie byłam zwoleniczką detergentów czyszczących wszystko. Zazwyczaj okazywały się do niczego, a ich silnie chemiczny zapach po kilku minutach powodował u mnie ból głowy.
Jednak kilka miesięcy temu potrzebowałam właśnie czegoś uniwersalnego, zaczęłam więc szukać na półkach sklepowych hipermarketu Carrefour. Tak właśnie trafiłam na wyżej wspomniany produkt, który okazał się świetny. Wystarczy go odrobina do miseczki z ciepłą wodą i na prawdę ładnie oraz szybko można domyć przeróżny bród (poradził sobie bez większych problemów nawet z zaschniętą krwią). Kolejną ważną rzeczą dla mnie to jego delikatny zapach - po wejściu np. do łazienki czujemy po prostu świeżość! :) No i oczywiście naturalny skład.
Nie polecam go jedynie do mycia drewnianych podłóg - szybko stają się matowe i mam wrażenie, że nie konserwuje ich w odpowiedni sposób. Nie jestem w stanie powiedzieć jak byłoby w przypadku paneli ponieważ ich nie posiadam ;) Płytki myje znakomicie.
Jego cena to około 7-8zł za 1000 ml, jeżeli chodzi o wydajność to nie mam absolutnie żadnych zastrzeżeń, w ciągu 4 miesięcy zużyłam półtorej butelki (w tej na zdjęciu została połowa produktu - nie widać tego, bo na potrzeby zdjęcia butelkę położyłam, a kolor płynu jest jasnozielony).
Z innych produktów firmy Frosch posiadam jeszcze płyn do toalet i działa tak jak działać powinien. Miałam również płyn do mycia naczyń jednak niestety się nie sprawdził - nasz stary, dobry Ludwik jest dużo wydajniejszy oraz skuteczniejszy. Przy najbliższej wizycie w Carrefourze zakupię z pewnością jeszcze mleczko czyszczące.
Uważam, że warto kupować produkty eco produkowane przez mniejsze firmy, często okazuje się, że są o wiele lepsze od tych wielkich korporacji, które zazwyczaj ustawione są na lini naszego wzroku. Warto więc spojrzeć wyżej lub niżej. Do tego możemy zaoszczędzić ponieważ takie produkty mogą być tańsze nawet o kilka złotych.





Dzisiaj będąc na zakupach nabyłam jeszcze ściereczki z włókna bambusowego. Tak się złożyło, że były w promocji- 5szt/1.99zł, a moje z mikrofibry nadają się jedynie do kosza (pomimo prania po jedym użyciu zaczynają brzydko pachnieć oraz nie polerują tak dobrze jak kiedyś). Jestem bardzo ciekawa jak się sprawdzą. Można je prać w temperaturze max.40 stopni, więc nie należą do jednorazowych.




Okej, to byłoby na tyle. Życzę Wam miłego weekendu i do następnego!
A.





poniedziałek, 18 lutego 2013

Szampon do włosów w kostce.

Cześć.

Będąc w UK nasłuchałam się i naczytałam o amerykańskiej firmie Lush produkującej w 100% naturalne kosmetyki. Z ciekawości zakupiłam żel pod prysznic i jakoś specjalnie mnie nie zachwycił. Zainteresowały mnie jednak szampony do włosów w kostce, długo zastanawiałam się czy któryś wypróbować. Koniec końców nie zakupiłam żadnego.
Po powrocie do PL postanowiłam się wybrać do polskiej sieci sklepów z kosmetykami naturalnymi, czyli "Mydlarni u Franciszka". Moim głównym celem był olej kokosowy jednak mój wzrok praktycznie od razu padł na szampony. Długo zastanawiałam się czy któryś z nich zabrać ze sobą do domu. Moje włosy zdecydowanie nie należą do łatwych we współpracy - jedynymi szamponami jakie mogłam używać były te dla dzieci. Po każdym innym miałam okropny łupież i wysuszone końce, więc bałam się eksperymentów. Ciekawość i promocja w tamtych dniach wzięły górę i kupiłam 100g szamponu do włosów zniszczonych (w tym okresie włosy wypadały mi garściami) z makokańską glinką Ghassoul i proteinami jedwabiu. Było to w październiku, więc myślę, że mogę już o nim conieco powiedzieć ;)
Jestem w trakcie zużywania drugiej kostki (po 100g), więc szampon jest bardzo wydajny. Co prawda moje włosy są krótkie, więc nie jestem w stanie powiedzieć jak to będzie w przypadku włosów długich. Nie mam ani grama łupieżu i widzę baaardzo dużą poprawę - włosy przestały wypadać w tak ogromnych ilościach, są grubsze, nawilżone i wyglądają zdrowo. Są trochę sztywne jednak nie sprawia mi to problemu (wystarczy dobra odżywka). Tak naprawdę nie mogę powiedzieć o nim złego słowa. Używa go również moja siostra i jest zadowolona z efektów. 
Kupuje się go na wagę 100g/18zł. Jeżeli chodzi o użycie to wystarczy natrzeć włosy i powstaje nam sztywna piana, którą spłukujemy jak normalny szampon. Ma ładny delikatny zapach. 
Zaletą może być również stała konsystencja - jeśli wybieramy się w podróż taka kostka nie zajmuje dużo miejsca i możemy być pewni, że nic się nie wyleje :)
Prócz szamponu do włosów zniszczonych mamy jeszcze do wyboru szampony: do włosów ciemnych, przetłuszczających się i jasnych. Jeżeli o jakimś zapomniałam to przepraszam.
Podsumowując mogę napisać dwa słowa - gorąco polecam :)


Pozdrawiam i do następnego!
A.

niedziela, 17 lutego 2013

Poznawaj świat.

Cześć!

 Dzisiaj mały post o prasie, którą czytam.
Jeżeli chodzi o kupowanie przeze mnie jakichkolwiek magazynów to ograniczam się do National Geographic lub Focusa. Nie lubię gazet w stylu Cosmopolitan czy Glamour (wiadomo czekając w kolejce np. do lekarza wybrzydzać nie będę jeśli akurat tylko to leży gdzieś tam na stoliczku).
Niestey zarówno NG jak i Focus do najtańszych nie należą dlatego ucieszyła mnie bardzo promocja jaką NG zrobiło z okazji 125-lecia istnienia. Tylko w lutym możemy zamówić roczną prenumeratę za cenę 50% niższą, czyli zamiast 156zł zapłacimy złotych 78 :D
Zawsze jednym z moich marzeń były podróże. Chciałabym przede wszystkim pojechać do Australii, Japonii oraz Kenii aby poznawać, smakować, poczuć. Z pewnością nie należałabym do turystów leżących plackiem przy hotelowym basenie ;) Mam nadzieję, że pewnego dnia moje życzenie się spełni. Jak na razie muszę się zadowolić programami, książkami czy prasą. NG przybliża mi świat, do tego oczywiście piękne zdjęcia wykonane przez najlepszych fotografów na świecie oraz ciekawe artykuły.


Wracając jednak do prenumeraty National Geographic - prócz ceny o połowę niższej dostaniemy między innymi 16 stron dodatkowych, co kwartał e-booki czy do 60% zniżki na produkty. 
Wszystkie niezbędne informacje dotyczące zamówienia oraz korzyści jakie otrzymacie są podane na stronie internetowej National Geographic Polska *klik* 




Ja ze swojej strony gorąco Was do niej zachęcam!
Pozdrawiam cieplutko,
A.

sobota, 9 lutego 2013

Zrób to sam - sernik :D

Hej.

Po dość długiej nieobecności (spowodowanej w sumie sama nie wiem czym) postanowiłam wrócić z przepisem na sernik, który zawsze mi wychodzi. Nie powiem, że mam dwie lewe ręce w sprawach kulinarnych, bo bym skłamała. Zazwyczaj to co chcę przygotować do jedzenia mi wychodzi. Oczywiście jak każdemu zdarzają się wpadki co jednak nie zniechęca mnie ani się nie poddaję. Ostatnio jestem jedynie na ścieżce wojennej z piernikiem wylewanym. Jest to ciasto, które jeszcze 2 lata temu gościło w moim domu bardzo często, uwielbiam go w szczególności za zapach. Niestety kilka ostatnich podejść kończyło się totalną katastrofą pomimo wiecznie tego samego przepisu i składników - nie mam pojęcia dlaczego. Tak więc jak na razie omijam go szerokim łukiem i może kiedyś... ;)

Wracając do sernika: jego przygotowanie zaczynam od zrobienia masy serowej. Przyczna jest prosta - masa może chwilę postać, ciasto zaczyna dość szybko wysychać.

Składniki na masę serową:
- kilogram sera białego (używam półtustego)
- kostka masła
- 300g cukru
- 6 jajek
- 2 budynie śmietankowe (mogą być również 2 łyżki stołowe mąki ziemniaczanej)
- aromat śmietankowy (może być również cukier wanilinowy)

Masło (roztopione) ucieramy z cukrem, dodajemy zmielony ser, jajka, budyń i aromat. Miksujemy do uzyskania jednolitej masy.

Składniki na ciasto:
- 450g mąki
- 100g cukru
- 250g masła
- 5 żółtek
- 3 łyżeczki proszku do pieczenia

Przesianą mąkę mieszamy z proszkiem do pieczenia, dodajemy żółtka, masło oraz cukier. Wyrabiamy do momentu aż ciasto zacznie ładnie odchodzić od dłoni.
Ja ciasto ugniatam w garku zamiast na stolnicy - jest dużo wygodniej.

Blaszkę smarujemy masłem i posypujemy bułką tartą lub wykładamy papierem do pieczenia. Wylepiamy ciastem i wylewamy naszą masę serową.
Wkładamy do nie nagrzanego piekarnika i pieczemy 60 minut w 190 stopniach.
Polewę robię roztapiając 2 tabliczki czekolady mleczej i pół gorzkiej z odrobiną mleka. Posypuję wiórkami kokosowymi.


Smacznego!
A.